Włochy – odcinek 1
Można leżeć na plaży w Chorwacji. Rozkoszować się pływaniem w ciepłym morzu w Albanii. Polecieć na all inclusive na Korfu. Albo popijać cappuccino w nadmorskiej kawiarence w Bari. Jedno jest wspólne dla wszystkich tych miejsc. Jesteśmy nad Adriatykiem. Ale miast leniwego spędzania czasu, można wybrać wariant bardziej ambitny. Objechać Adriatyk naokoło.
Naszą podróż naokoło Adriatyku zaczniemy od Włoch. Pojedziemy na południe wzdłuż „włoskiego buta”. Potem popłyniemy do Grecji. By stamtąd przez Albanię, Czarnogórę i Chorwację wrócić na północ do Słowenii. Tak jak to widać na tej mapie.
Zaczynamy w Wenecji we Włoszech.
Gdy kanały zostają za plecami
Wenecja budzi się powoli. Turystów jeszcze niewiele, na Canal Grande kołyszą się gondole, a my już pakujemy bagaże do auta. Bo przed nami nie kolejny dzień zwiedzania La Serenissima, ale wyjazd w podróż, która zabierze nas dookoła Adriatyku.

Wyjeżdżając z Wenecji w stronę Padwy, przez chwilę jeszcze widzimy w lusterku wstecznym charakterystyczne kopuły bazylik. Ale zaraz krajobraz zmienia się diametralnie. Wkraczamy w zupełnie inny świat – deltę Padu, krainę gdzie woda i ląd wciąż spierają się o to, kto tu rządzi. Kanały, laguny, pola ryżowe i bezkresne płaskie tereny, na których horyzont zlewa się z niebem. To tutaj, nim dotrzemy do Adriatyku właściwego, możemy poczuć, że Europa potrafi zaskakiwać nawet kilkaset kilometrów od domu.
Rawenna – mozaikowy przystanek obowiązkowy
Pierwsze większe miasto na trasie to nie nadmorski kurort, lecz Rawenna. I choć nie leży bezpośrednio nad morzem(morze oddaliło się od niej przed wiekami), to żaden szanujący się podróżnik nie może jej pominąć. Dlaczego? Bo mozaiki w bazylikach San Vitale i Sant’Apollinare są jak podróż wehikułem czasu – przenoszą nas o piętnaście wieków wstecz, do czasów bizantyjskiego przepychu.

Wchodząc do San Vitale, mimowolnie zatrzymujesz oddech. Złote tła, postacie cesarza Justyniana i cesarzowej Teodory, geometryczne wzory, które zdają się pulsować w półmroku wnętrza. To hipnotyzujące. I choć temperatura na zewnątrz sięga trzydziestu stopni, wewnątrz panuje przyjemny chłód, a ty możesz spędzić tu godzinę, po prostu patrząc w górę.
Po wyjściu z ostatniej bazyliki (a jest ich tu kilka), kiedy oczy przyzwyczajają się znów do ostrego słońca, ruszamy dalej. Na południe. W stronę morza, które czuje się już w powietrzu.
Rimini i ucieczka od tłumu
Rimini – stolica włoskich wakacji lat 60., 70., 80. Nieskończone plaże, parasole w rzędach jak armia na defiladzie, muzykujące bary i zapach opalania unoszący się nad promenadą. Można tu wpaść, wypić espresso i obserwować całe to letnie szaleństwo. Ale jeśli szukasz czegoś więcej niż kilometrów betonu i bikiniarzy na skuterach, jedź dalej.

Tuż za Pesaro zaczyna się Park Narodowy Monte San Bartolo. Nagle nudna autostrada kończy się, a droga wije się między wzgórzami porośniętymi śródziemnomorską roślinnością. Po jednej stronie klifowe urwiska, po drugiej błękit Adriatyku, który tutaj wygląda zupełnie inaczej niż przy zatłoczonych plażach Rimini – dzikiej, bardziej surowy. Są tu małe miasteczka, gdzie czas płynie wolniej: Fiorenzuola di Focara z kamiennymi uliczkami, Casteldimezzo, gdzie można zaparkować przy krawędzi klifu i po prostu patrzeć na morze.
Conero – gdy Adriatyk udaje Śródziemne Morze
Jadąc dalej na południe, mijamy Ankonę. Samo miasto niespecjalnie zachwyca, ale tuż za nim czeka nas kolejny klejnot – Promontorio del Conero, czyli Park Regionalny Conero. To kawałek wybrzeża, który wygląda, jakby ktoś wyciął go z Ligurii albo z Amalfi i przeniósł nad Adriatyk.

Wąskie serpentyny prowadzą do Sirolo i Numany – dwóch miasteczek zawieszonych między wzgórzami a morzem. Zejście na plażę oznacza pokonanie setek schodów (albo zapłatę za windę), ale kiedy już dotrzesz do zatoki, widzisz turkusową wodę i białe kamyki, czujesz, że warto było. Plaże typu Spiaggia delle Due Sorelle to te widokówkowe kadry, które potem pokazujesz znajomym, mówiąc: „Nie, to nie Grecja. To wciąż Włochy”.
Parkując na szczycie wzgórza i patrząc na zachód słońca nad Adriatykiem, myślisz: „Więc to właśnie Adriatyk. Nie tylko szerokie piaszczyste plaże. Także klify, zatoki i kolory, które biorą się nie wiadomo skąd”.
Abruzja i trabocchi – pajęczyny na morzu
Im dalej na południe, tym bardziej dzika staje się przyroda. W regionie Abruzji wybrzeże znów się zmienia. Pojawiają się trabocchi – wystające z brzegu drewniane konstrukcje rybackie. Wyglądają, jakby miały runąć przy pierwszym podmuchu wiatru, a jednak stoją od pokoleń.

Jadąc drogą między Ortona a Vasto, widzisz je co chwilę – niektóre odnowione i przekształcone w restauracje (tam można zjeść świeże owoce morza, siedząc dosłownie nad wodą), inne opuszczone, malowniczo gnijące w słońcu. To jeden z tych widoków, których się nie zapomina. Coś w stylu „Włochy, które nie są z pocztówek”. Surowe, autentyczne, pachące solą i starymi deskami.
Abruzja ma w sobie coś niedopowiedzianego – jakby mówiła: „Hej, turysto, jesteś tu gościem, nie gwiazdą”. I to dobrze. Bo właśnie tutaj, między tymi trabocchi a małymi miasteczkami, czujesz prawdziwą duszę Adriatyku.
Apulia – wjazd do krainy oliwek
Przekraczając granicę regionów, wjeżdżasz w Apulię. Wszystko zaczyna pachnieć inaczej – to zapach oliwy, rozmarynu i ziemi wypiekanej na wiecznym słońcu. Krajobraz zmienia się z górskiego na płaski, ale nie nudny. Wręcz przeciwnie – gaje oliwne ciągną się aż po horyzont, a między nimi białe, małe miasteczka z kościołami, które wyglądają jak cukierkowe budowle.
Ale zanim dojedziemy do samego finału tej części trasy, czeka nas jeszcze półwysep Gargano. To taki górski, dziki palec wyciągnięty w stronę północy.

Droga przez Gargano to górskie serpentyny, lasy sosnowe i zapachy śródziemnomorskiej macchii. A potem – bum – widok na białe miasteczka przytulone do urwisk. Vieste i Peschici wyglądają jak z bajki. Wąskie uliczki, białe domki, błękitne morze w tle. I turyści, ale w lipcu i sierpniu nie ma na to rady. Poza sezonem to musi być raj.
Kiedy już zjedziesz z Gargano i wrócisz na główną trasę, pozostaje ostatni odcinek. Przez równiny Apulii, mijając trulli w okolicach Alberobello (ale to już warto zostawić na osobną wycieczkę z Bari), docierasz do końcowych punktów włoskiej części tej podróży: Bari lub Brindisi.
W porcie – koniec Włoch, początek kolejnego rozdziału
Bari – wielki, gwarny port. Brindisi – nieco mniejszy, spokojniejszy. Oba mają jedno wspólne: stąd odpływają promy do Grecji. I tutaj właśnie, stojąc na nabrzeżu i patrząc na olbrzymie statki cumujące przy pirsach, czujesz, że włoska część tej podróży dobiega końca.

Za tobą przeszło tysiąc kilometrów włoskiego wybrzeża. Mozaiki Rawenny, klify Conero, trabocchi Abruzji, białe miasteczka Apulii. I morze – nieustannie obecne, zmieniające swoje kolory, nastroje, charaktery. Adriatyk, który tutaj, po włoskiej stronie, pokazał swoje wszystkie twarze – od plażowej turystyki po dziką przyrodę, od bizantyjskiego przepychu po rybackie konstrukcje z desek.
Kierunek Patras
Wchodzisz na pokład promu. Silniki dudnią, lina odcumowuje się od nadbrzeża, a ty patrzysz, jak włoskie wybrzeże coraz bardziej się oddala. Przed tobą noc na morzu. A rano – Grecja. Ale to już zupełnie inna historia.

Następny odcinek: Grecja – od Patras do Sarandy.