Grecja – odcinek 2
Można leżeć na plaży w Chorwacji. Rozkoszować się pływaniem w ciepłym morzu w Albanii. Polecieć na all inclusive na Korfu. Albo popijać cappuccino w nadmorskiej kawiarence w Bari. Jedno jest wspólne dla wszystkich tych miejsc. Jesteśmy nad Adriatykiem. Ale miast leniwego spędzania czasu, można wybrać wariant bardziej ambitny. Objechać Adriatyk naokoło.
Naszą podróż naokoło Adriatyku zaczęliśmy od Włoch: Adriatyk na okrągło – Włochy. W tym odcinku będziemy przemierzali Grecję. By dalej przez Albanię, Czarnogórę i Chorwację wrócić na północ do Słowenii. Tak jak to widać na tej mapie.
Noc na morzu – poranek w kolorze błękitu
Budzisz się w kajucie promu, gdy pierwsze światło wdziera się przez bulaj. Silniki zmieniają rytm – płyniemy wolniej. Wychodzisz na pokład i od razu wiesz, że to już nie Adriatyk, który zostawiłeś za sobą gdzieś w nocy. Woda ma inny kolor – głębszy, bardziej fioletowy. To Morze Jońskie. To moment, w którym te dwa morza spotykają się ze sobą w niezauważalnej dla oka linii.
Adriatyk będzie nas prowadził przez resztę tej podróży. Ale dzisiaj jesteśmy na Morzu Jońskim, którego świadomie nie ominiemy, bo w Grecji to te dwa morza razem tworzą niepowtarzalny krajobraz.

Po lewej burcie majaczy zielona sylwetka. Korfu. Wyspa, która przez wieki była przedmiotem żądzy Wenecjan, Francuzów, Brytyjczyków. Mija nas powoli, spokojnie, jakby wiedziała, że wrócimy. I wrócimy – ale nieco później. Teraz płyniemy w stronę Patras, pierwszego greckiego portu na naszej trasie.
Patras – brama do Grecji
Prom cumuje w Patras wczesnym rankiem. Miasto budzi się powoli – poranne espresso w barku przy nabrzeżu, zapach oleju napędowego mieszający się z solą morską. Patras nie jest miastem z pocztówek. To port i przemysłowe centrum, miejsce, przez które przejeżdża się w drodze do Aten. My zaś będziemy kontynuowali podróż na północ.

Ale zanim ruszymy dalej, czeka nas jedno z najbardziej spektakularnych doświadczeń tej części podróży. Most Rio-Antirio.
Most Rio-Antirio – cuda inżynierii nad błękitem
Wyjeżdżając z Patras w kierunku północnym, nagle widzisz go przed sobą. Monumentalny, ale wyglądający na lekki, mimo że waży tysiące ton. Most Rio-Antirio, oficjalnie nazywany Mostem Chariaos, to cud współczesnej inżynierii – jeden z najdłuższych mostów wiszących na świecie, rozpiętych nad Zatoką Koryncką.

Jadąc po nim, czujesz dziwne uczucie lekkości. Pod tobą błękitna woda, po bokach białe pylony sterczące jak strażnicy, a wokół panorama gór i wybrzeża. W słoneczny dzień woda w zatoce ma kolor tak intensywny, że aż boli w oczach. To nie jest zwykła przeprawa. To moment, w którym czujesz, że grecka podróż nabiera rumieńców.
Most budził kontrowersje – ze względu na koszty, wpływ na środowisko, konieczność jego budowy. Ale kiedy już po nim jedziesz, kiedy patrzysz na panoramę Zatoki Korynckiej rozciągającą się po obu stronach, wszystkie te argumenty znikają. Zostaje tylko wrażenie – jedziesz nad wodą, między niebem a morzem, między Peloponezem a Grecją kontynentalną. I czujesz, że to właśnie jest sens podróżowania.
Etolia i Akarnania – postrzępione wybrzeże zachodnie
Region który będziemy przemierzali jadąc na północ to Etolia i Akarnania. Kraina, o której niewiele się mówi w przewodnikach, będąca jeszcze nieodkrytą częścią turystycznej Grecji. Wybrzeże jest postrzępione, pełne małych zatoczek, fiordów, wysepek. A lokalne drogi wiją się między wzgórzami a morzem, otwierając co chwilę widoki na błękitną dal.

Opuszczając most Rio-Antirio warto na moment zatrzymać się w Nafpaktos. Nafpaktos czyli dawne Lepanto – to niewielkie portowe miasteczko z weneckim zamkiem i fortyfikacjami. Gdy staniesz w porcie, otoczonym kamiennymi murami, czujesz, że historia tego miejsca jest niemal namacalna. To tu w 1571 roku rozegrała się słynna bitwa morska między flotą chrześcijańską a turecką. Wenecjanie, Hiszpanie, papieski Rzym – wszyscy tu byli. I zostawili swoje ślady.
Port w Nafpaktos wygląda jak scenografia do filmu. Małe tawerny, kolorowe łodzie kołyszące się na wodzie, w tle zamek pnący się po wzgórzu. Siadasz przy stoliku tuż przy wodzie, zamawiasz grecką kawę i ostatni raz patrzysz na Zatokę Koryncką. Bo już wkrótce wracamy do naszego objazdu Adriatyku.
Epir – dziki i niedoceniony
Z Nafpaktos ruszamy na północ. Mijamy Zatokę Ambrakijską, otoczoną lądem ze wszystkich stron poza niewielką cieśniną w pobliżu miasta Preweza. Dalej zaczyna się Epir – region, który wydaje się zupełnie inny niż reszta Grecji. Górzysty, dziki, surowy. Miejscami droga oddala się od wybrzeża, morze znika za wzgórzami, by po chwili pojawić się znowu – jeszcze bardziej błękitne, jeszcze bardziej hipnotyzujące.

Mijamy małe miasteczka – Parga z jej pastelowymi domkami schodzącymi wprost do wody, Syvota z jej fiordopodobną zatoką, która wygląda, jakby ktoś wyciął kawałek Norwegii i przeniósł go nad Morze Jońskie. To nie są tłoczne kurorty. To miejsca, gdzie wciąż można poczuć autentyczność greckiego wybrzeża.
Droga staje się coraz bardziej kręta. Góry Pindos zbliżają się do morza, a krajobraz robi się coraz bardziej surowy. Nie ma tu już plażowych kurortów. Są za to ostre skały, urokliwe zatoczki dostępne tylko łodzią, i zapach macchii – tej śródziemnomorskiej roślinności, która pachnie tymiańkiem, szałwią i słońcem. Przed nami Igoumenitsa, ostatnie większe miasto przed granicą z Albanią.
Skok w bok – Korfu, zielona perła
Igoumenitsa to duży port, z którego odpływają promy do Włoch. I przede wszystkim na Korfu. I Stojąc na nabrzeżu i patrząc na wyspę widoczną w oddali, po prostu nie możemy się oprzeć. Korfu czeka. I musimy tam zajrzeć.
Prom do Korfu to kwestia godziny. I jesteś na wyspie, która ma w sobie więcej zieleni niż cała Grecja razem wzięta. Cyprysowce, oliwki, kwitnące bougainville. Korfu to nie jest grecka wyspa w klasycznym rozumieniu – to bardziej włoska wyspa, która przypadkiem trafiła do Grecji.

Stare Miasto Korfu to labirynt wąskich uliczek, arkad, kafejek i sklepików. Architektura krzycząca „Wenecja”, ale z greckim akcentem. Fortece – Stara i Nowa – sterczą na krańcach miasta jak przypomnienie, że ta wyspa była bramą do Adriatyku, którą trzeba było bronić.
Można tu spędzić dzień, dwa, tydzień. Objechać wyspę wzdłuż i wszerz – od Paleokastritsy z jej turkusowymi zatokami po wioski w górach, gdzie czas zatrzymał się gdzieś w latach pięćdziesiątych. Ale my mamy plan – objechać Adriatyk dookoła. Więc Korfu zostaje jako przystanek – nie cel. Choć w sercu zostaje myśl: „Kiedyś tu wrócę. Na dłużej”.
Bliżej Albanii – gdy Grecja robi się bardziej Bałkańska
Z Korfu wracamy promem do Igoumenitsy. Kierując się na północ coraz bardziej czujemy, że Grecja powoli ustępuje miejsca czemuś innemu. Klimat staje się bardziej bałkański – więcej betonu, mniej turystyki, więcej surowości w architekturze. To nie jest już Grecja z pocztówek. To Grecja prawdziwa, przygraniczna, gdzie ludzie żyją z rybołówstwa, rolnictwa, a nie z obsługi turystów.

Mijamy ostatnie greckie miasteczka. Sagiada, malutka wioska tuż przy granicy, gdzie można jeszcze napić się greckiej kawy i spojrzeć na morze, które za chwilę przestanie być greckie, a stanie się albańskie. Choć woda, oczywiście, pozostanie ta sama.
Granica zbliża się nieuchronnie. Widzisz już znaki drogowe z napisem „Albania” i odległościami w kilometrach. Za tym przejściem granicznym czeka zupełnie inny świat. Świat, który długo był zamknięty dla turystów, a teraz otwiera się powoli, nieśmiało, ale z całą siłą swojej dzikiej urody.
Ostatnie spojrzenie wstecz
Parkujesz przy przejściu granicznym i jeszcze raz odwracasz się, by spojrzeć na Grecję. Za tobą zostają Patras, most nad zatoką, wenecki port w Nafpaktos, zielone Korfu, dzikie wybrzeże Epiru. Zostaje Morze Jońskie, które tutaj, na tym krańcu, spotyka się z Adriatykiem – w sposób tak subtelny, że nie wiesz, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.
Grecja to był etap pełen kontrastów. Od monumentalnych mostów po małe porty. Od turystycznego Korfu po dziki Epir. Od błękitu Zatoki Korynckiej po surowe klify północnego wybrzeża. I przez cały czas – morze. Zawsze obecne, choć zawsze inne.

Podróż trwa dalej. Albania czeka. I jak opowiadają ci, którzy już tam byli – to będzie zupełnie inna Grecja. Albo raczej – wcale nie Grecja.
Następny odcinek: Albania – od Saranda przez Riwierę Albańską po Vlora.