Albania – odcinek 3
Można leżeć na plaży w Chorwacji. Rozkoszować się pływaniem w ciepłym morzu w Albanii. Polecieć na all inclusive na Korfu. Albo popijać cappuccino w nadmorskiej kawiarence w Bari. Jedno jest wspólne dla wszystkich tych miejsc. Jesteśmy nad Adriatykiem. Ale miast leniwego spędzania czasu, można wybrać wariant bardziej ambitny. Objechać Adriatyk naokoło.
Grecję – leżącą co prawda nie nad Adriatykiem, a nad Morzem Jońskim – już opuściliśmy: Adriatyk na okrągło – Grecja. W kolejnym odcinku przemierzamy Albanię. By potem przez Czarnogórę i Chorwację wrócić na północ do Słowenii. Tak jak to widać na tej mapie.
Granica, która dzieli światy
Przejście graniczne między Grecją a Albanią to coś więcej niż kreska na mapie. To próg między dwoma światami – tym, który znasz z przewodników. I tym, który dopiero zaczyna się otwierać. Formalności załatwione, pieczątka w paszporcie. I jesteś po drugiej stronie. W Albanii.
Pierwsze wrażenie? Dziwne uczucie déjà vu – jakbyś cofnął się o trzydzieści lat. Droga jest węższa, asfalt bardziej popękany, a przy szosie stoją budynki, które wyglądają, jakby pamiętały inne czasy. Ale zaraz za rogiem czeka coś, co przypomina, że jednak jesteśmy w XXI wieku: drogowskaz do Butrintu, antycznego miasta na liście UNESCO.
Butrint – brama do albańskiej przygody
Butrint to miejsce, które opowiada historię tego regionu lepiej niż jakikolwiek przewodnik. Grecy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Wenecjanie – wszyscy tu byli. Ruiny teatru, baptysterium z mozaikami, akropol zarośnięty dziką roślinnością. Spacerujesz między kamieniami, a wokół ciebie brzęczą cykady i szumi morze tuż za wzgórzem.

To dziwne miejsce. Z jednej strony antyczna wielkość, z drugiej – totalna dzikość. Nie ma tu tłumów jak na Akropolu. Jest cisza, upał i poczucie, że dotknąłeś czegoś prawdziwego. Czegoś, co przetrwało setki lat wojen, kataklizmów i zmian granic.
Saranda – bałkańskie Rimini
Kilkanaście kilometrów dalej docieramy do Sarandy. Miasteczko portowe, które w ciągu ostatnich piętnastu lat przeszło prawdziwą rewolucję. Kiedyś było senną osadą rybacką, dziś – kurortem, który próbuje dogonić Chorwację.

Aleksandar Todorovic | Dreamstime.com
Nowa promenada, hotelowe wieżowce, luksusowe jachty w porcie. Saranda wygląda, jakby ktoś zdecydował: „Będziemy nowocześni za wszelką cenę”. I jest w tym coś sympatycznego, choć jednocześnie trochę chaotycznego. Nowe miesza się ze starym, betonowy gmach z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku stoi obok szklanego apartamentowca z 2023 roku.
Ale woda. Woda jest niesamowita. Turkusowa, przejrzysta, ciepła. To właśnie ta woda ściąga tutaj coraz więcej turystów – Albańczyków z diaspory, Kosowian, Polaków szukających tańszej alternatywy dla Grecji. I znajdują ją. Bo choć Albania goni zachodnią Europę, wciąż jest tutaj coś autentycznego. Coś niedopracowanego i właśnie przez to – prawdziwego.
Riwiera Albańska – gdzie droga tańczy z morzem
Wyjeżdżając z Sarandy na północ, wjeżdżasz w serce Riwiery Albańskiej. Droga prowadzi wzdłuż wybrzeża, ale nie jest to spokojny nadmorski spacer. To górska serpentyna, która wije się między wzgórzami a klifami, odsłaniając co chwilę zapierające dech widoki.

Mijasz małe miasteczka – Himarę, Vuno, Dhërmi. Każde z nich ma swój klimat, swoją historię. W Himarze widać greckie korzenie – zdarza się, że ludzie mówią tu jeszcze po grecku, a kościoły mają charakterystyczny bizantyjski styl. W Dhërmi jest bardziej turystycznie – nowe hostele, beach bary, młodzież z całych Bałkanów.
Ale prawdziwym punktem kulminacyjnym tej części trasy jest przełęcz Llogara.
Przełęcz Llogara – moment, który zapada w pamięć
Droga zaczyna piąć się w górę i robi się coraz bardziej kręta, a temperatura powoli spada. Mijasz sosny, które pachną żywicą, i zarośla krzewów tak gęste, że ledwo widać niebo. I nagle – jesteś na przełęczy. Tysiąc metrów nad poziomem morza.

Zatrzymujesz się na parkingu i wychodzisz z auta. Przed tobą roztacza się widok, który należy do tych, które nie dadzą się zamknąć w kadrze zdjęcia. W dole – po lewej stronie Morze Jońskie, a po prawej już Adriatyk rozlewają się po horyzont w odcieniach błękitu, które wydają się aż nierzeczywiste. Wybrzeże wygina się łukowato, tworząc zatokę za zatoką. A między tobą a wodą – ponad kilometr w dół.
Zjazd z Llogary to jedno z najbardziej widowiskowych doświadczeń całej podróży wokół Adriatyku. Droga stromo spada w dół, zataczając ostre zakręty i odsłaniając kolejne panoramy. Nie ma takiego asfaltu jak na szwajcarskich alpejskich przełęczach – jest miejscami wyboisty, miejscami wąski. Ale właśnie to dodaje temu miejscu dzikości. Czujesz, że to nie jest turystyczna atrakcja wypolerowana na błysk. To prawdziwa droga, którą pokonujesz na własne ryzyko i własną odpowiedzialność.
Bunkry – duchy komunistycznej paranoi
Kiedy zjedziesz już z przełęczy i wrócisz na nadmorską trasę, zaczniesz zauważać coś dziwnego. Przy drodze, na polach, na plażach – wszędzie sterczą małe betonowe kopuły. Bunkry.
Albania Envera Hodży to był kraj-forteca. W latach 70. i 80. zbudowano tu około 750 tysięcy bunkrów – jeden na czterech mieszkańców. Paranoja dyktatora, który wierzył, że cały świat chce zaatakować jego mały kraj, pozostawiła ten surrealistyczny krajobraz. Betonowe grzyby wyrastające z ziemi – niektóre niewiele większe od psiej budy, inne rozmiaru małego domu.

Dziś większość z nich stoi opuszczona. Niektóre służą jako pomieszczenia gospodarcze, inne zamieniły się w składowiska śmieci. Ale są też takie, które stały się symbolem nowej Albanii – na przykład Bunk’Art w Tiranie, gdzie z ogromnego podziemnego schronu rządowego zrobiono muzeum historii.
Jadąc przez Albanię, nie możesz ich nie zauważyć. One są częścią tego krajobrazu – równie istotną jak góry, morze czy stare wioski. Przypominają, że ten kraj przeżył coś, czego nie doświadczyła prawie żadna inna część Europy – totalną izolację. Przez dekady Albania była zamknięta hermetycznie. Żadnych turystów, żadnych obcokrajowców, żadnego kontaktu z zachodnim światem.
A dzisiaj? Dzisiaj budują tu hotele i promenady. Historia została, ale życie poszło dalej.
Wlora – punkt styku dwóch mórz
Im dalej na północ, tym bardziej krajobraz zaczyna się zmieniać. Góry ustępują miejsca równinom, a linia brzegowa staje się łagodniejsza. Docieramy do Wlory – jednego z najważniejszych portów Albanii.

Wlora ma w sobie coś symbolicznego. To tu bowiem spotykają się Morze Jońskie i Adriatyk. Geograficznie przesunięcie jest subtelne, ale stojąc na nabrzeżu przy ustach Zatoki Wlorskiej, czujesz, że jesteś w miejscu przejściowym. Za tobą zostaje to intensywnie błękitne, głębokie Morze Jońskie. Przed tobą – szerszy, łagodniejszy, bardziej swojski Adriatyk.
Wlora to też miasto pełne kontrastów. Nowoczesnemu bulwarowi towarzyszy socjalistyczny beton z lat 70. Obok luksusowych restauracji stoją stare bloki pomalowane na jaskrawe kolory – jakby ktoś próbował przykryć szarość przeszłości jakąkolwiek farbą, która była pod ręką.
Ale w Wlorze czuć energię. To miasto, które rośnie, zmienia się, próbuje znaleźć swoją tożsamość między przeszłością a przyszłością. I robi to na swój, bardzo albański sposób – bez ogródek, bez nadmiernej estetyki, ale z ogromną determinacją.
Durrës – gdzie historia sięga znacznie głębiej
Ostatni duży przystanek na albańskim wybrzeżu to Durrës – najstarszy port kraju i drugie co do wielkości miasto. Już za czasów rzymskich to było jedno z najważniejszych miast na Adriatyku – Dyrrachium, punkt końcowy słynnej Via Egnatia, drogi łączącej Rzym z Bizancjum.
Dziś Durrës to przede wszystkim wielki port, przez który przepływają towary i ludzie. Ale w centrum miasta, między blokami i nowoczesnymi budynkami, znajduje się coś niezwykłego – rzymski amfiteatr. Drugi co do wielkości na Bałkanach.

Spacerujesz między jego ruinami i trudno ci uzmysłowić sobie, że to miejsce pamięta cesarzy rzymskich, krucjaty, weneckie floty i komunistyczną dyktaturę. A teraz leży sobie spokojnie, w cieniu bloków z wielkiej płyty, jakby historia była tu czymś zupełnie naturalnym.
Durrës pokazuje, że Albania to nie jest kraj, który narodził się w 1944 czy 1990 roku. To kraj, który ma głębokie korzenie. Korzenie, które tkwią w antyku, w średniowieczu, w czasach, kiedy Adriatyk był centrum świata.
Ku Czarnogórze – koniec albańskiego etapu
Wyjeżdżając z Durrës na północ, droga prowadzi przez nizinne, rolnicze tereny. Bunkry wciąż tu są, ale już rzadziej. Pojawiają się za to pola kukurydzy, pastwiska, małe wioski, gdzie życie toczy się tak, jak toczyło się od pokoleń.
Zbliżamy się do granicy z Czarnogórą. Albania powoli zostaje za plecami. Zostają bunkry, przełęcz Llogara, turkusowe wody Riwiery, antyczne ruiny Butrintu. Zostaje kraj, który próbuje odnaleźć swoją drogę między historią a przyszłością. Między biedą a dobrobytem. Między izolacją a otwarciem.

Albania to nie jest kraj łatwy. Ale właśnie dlatego jest fascynujący. Bo nigdzie indziej w Europie nie poczujesz tak wyraźnie, jak daleko można zajść w ciągu kilku dekad. I jak wiele można stracić, gdy historia potoczy się w niewłaściwym kierunku.
Stojąc przy granicy i patrząc na czarnogórskie góry majaczące w oddali, myślisz: „To był dziwny odcinek”. Nie najłatwiejszy, nie najbardziej wypolerowany. Ale z pewnością najbardziej autentyczny.
Czarnogóra czeka. I już wiesz, że tam będzie inaczej.
Następny odcinek: Czarnogóra – od Ulcinja przez Kotorski zalew po Herceg Novi.