Czarnogóra – odcinek 4
Można leżeć na plaży w Chorwacji. Rozkoszować się pływaniem w ciepłym morzu w Albanii. Polecieć na all inclusive na Korfu. Albo popijać cappuccino w nadmorskiej kawiarence w Bari. Jedno jest wspólne dla wszystkich tych miejsc. Jesteśmy nad Adriatykiem. Ale miast leniwego spędzania czasu, można wybrać wariant bardziej ambitny. Objechać Adriatyk naokoło.
Albania – jeszcze stosunkowo mało popularna – już za nami: Adriatyk na okrągło – Albania. Teraz czas na Czarnogórę. By potem przez najbardziej znaną Polkom i Polakom Chorwację wrócić na północ do Słowenii. Tak jak to widać na tej mapie.
Gdy góry wyrastają wprost z wody
Przekraczając granicę albańsko-czarnogórską, czujesz, że krajobraz zaczyna się zmieniać. Nie od razu, nie gwałtownie – ale zauważalnie. Góry, które dotąd były tłem, teraz zaczynają zbliżać się do morza. Powoli, krok po kroku, aż w końcu dosłownie z niego wyrosną.

Czarnogóra to kraj, który zdaje się być stworzone dla podróżników spragnionych dramatycznych widoków. To Adriatyk w pigułce – skondensowany, pionowy, intensywny. Tutaj na każdym kilometrze czeka coś, co każe ci zatrzymać auto i po prostu patrzeć.
Ulcinj – między Wschodem a Zachodem
Pierwsze czarnogórskie miasto, które mijamy, to Ulcinj. I od razu czuć, że to miejsce szczególne. To najbardziej na południe wysunięte miasto kraju, a zarazem najbardziej orientalne. Przez wieki było pod wpływami tureckimi, albańskimi, weneckimi – i wszystkie te kultury zostawiły tu swoje ślady.

Ale to nie historia najbardziej uderza przy pierwszym kontakcie. To Velika Plaža – Wielka Plaża – największy i najdłuższy piaszczysty brzeg w Czarnogórze. Trzynaście kilometrów ciemnego piasku, który w słońcu lśni jak antracyt, ciągnącego się aż do delty rzeki Bojany. To coś zupełnie innego niż wszystko, co widzieliśmy dotąd. Adriatyk zwykle kojarzy się z białymi kamykami albo klifami – a tu: ciemny piasek, płaskie wybrzeże, wiatr dmący od morza. A na dodatek ten piasek jest wyjątkowy, bo zawiera wiele minerałów takich jak jod i magnez.
Ulcinj ma w sobie coś nieokrzesanego, surowego. Nie jest turystycznie wypolerowane jak dalsze miasta na północy. Jest autentyczne – w dobrym tego słowa znaczeniu. Małe kawiarenki serwujące turecką kawę, stare domy z kamienia, meczet na wzgórzu. Czujesz, że jesteś w miejscu przejściowym – między Albanią, którą właśnie opuściłeś, a Czarnogórą, która dopiero jest przed tobą.
Sveti Stefan – ikona na kartach pocztowych
Jadąc dalej na północ, droga zaczyna się wspinać i opadać. Góry podchodzą coraz bliżej, a morze zmienia kolor – z płytkiego turkusu na głębszy granat. I nagle, za kolejnym zakrętem, widzisz to.
Sveti Stefan. Wyspa połączona z lądem wąską ławą piasku. Na wyspie – średniowieczne miasteczko zamieniło się w luksusowy hotel-kurort. Czerwone dachy, kamienne mury, cyprysy sterczące między budynkami. Woda wokół wyspy ma kolor tak intensywny, że wątpisz, czy to rzeczywistość, czy może ktoś celowo podkręcił nasycenie w rzeczywistości.

Zatrzymujesz się na poboczu, jak wszyscy przed tobą i wszyscy po tobie. Bo ten widok trzeba uwiecznić. To wizytówka Czarnogóry – obraz, który pokazuje jej esencję: kameralność, piękno i pewien niedostępny luksus. Tak, niedostępny, bo wstęp na tę wyspę mają wyłącznie goście luksusowych hoteli.
Patrzysz na Sveti Stefan i myślisz: „Tak, to właśnie Adriatyk. Ale taki, jakiego jeszcze nie widziałem”.
Budva – kontrast w jednym miejscu
Kilkanaście kilometrów dalej docieramy do Budvy – turystycznej stolicy Czarnogóry. I tu zaczyna się prawdziwy kontrast.
Z jednej strony masz starówkę – labirynt wąskich uliczek zamknięty w weneckich murach obronnych, kościoły pamiętające czasy, gdy Adriatyk był centrum świata, kamienne place, na których echo kroków odbija się od fasad. Romantycznie, kameralnie, nieco sennie.

Z drugiej strony – nowoczesna Budva. Wysokie hotele, betonowe promenady, baseny infinity na dachach apartamentowców, kluby nocne huczące do białego rana. To „czarnogórskie Miami” – nieco krzykliwe, nieco chaotyczne, ale pełne życia. Wielojęzyczni turyści, jachty w marinie, restauracje serwujące owoce morza i piwo w plastikowych kubkach na plaży.

Można nie lubić tej dwutorowości. Można kręcić nosem na nadmiar betonu i neonów. Ale Budva jest, jaka jest – miastem, które próbuje być wszystkim dla wszystkich. I w pewien sposób jej się to udaje.
Boka Kotorska – fiord na południu Europy
Wyjeżdżając z Budvy i kierując się dalej na północ, zaczynasz przeczuwać, że zbliża się coś wyjątkowego. Góry stają się wyższe, bardziej pionowe. Droga wije się między skałami a brzegiem. I nagle – otwiera się przed tobą Boka Kotorska.

Jedyny fiord na południu Europy. Choć technicznie rzecz biorąc to zatoka rzeczna (zatopione ujście rzeki), nie fiord w geologicznym sensie – ale różnica jest czysto akademicka. Bo kiedy już tu jesteś, kiedy patrzysz na te pionowe ściany gór wznoszących się wprost z wody na ponad tysiąc metrów, nie myślisz o tektonice płyt. Myślisz tylko: „Boże, jak to jest piękne”.
Droga prowadzi wokół zatoki. To niemal czterdzieści kilometrów serpentyn, zakrętów i widoków, które co chwilę każą ci zatrzymać się i zaczekać, aż serce zwolni. Z jednej strony granitowe ściany gór – szare, surowe, nieubłagane. Z drugiej – woda w kolorze od szmaragdowego turkusu przy brzegu po głęboki granat w centrum zatoki. I ta cisza. Bo Boka to nie jest miejsce gwarnego wypoczynku. To miejsce kontemplacji.
Perast – perełka u stóp gór
W połowie drogi wokół zatoki dotrzesz do Perastu. Maleńkie miasteczko – właściwie jedna ulica ciągnąca się wzdłuż brzegu – które ma w sobie więcej czaru niż połowa europejskich stolic.
Barokowe pałace zbudowane przez bogatych kupców i kapitanów morskich, kościoły z XVIII wieku, kamienne nabrzeża, przy których cumują małe łodzie. A na wodzie, jakieś dwieście metrów od brzegu – dwie wysepki. Gospa od Škrpjela (Matka Boska na Skale) – sztuczna wyspa z kościołem, którą budowano przez stulecia, zrzucając kamienie do morza. I Sveti Đorđe (Święty Jerzy) – naturalna wyspa z opactwem benektydyńskim, otoczona cyprysami jak ciemną koroną.

Siadasz w jednej z nabrzeżnych kawiarni, zamawiasz espresso i patrzysz na te dwie wysepki kołyszące się na wodzie. W tle – góry Lovćen wznoszące się pionowo, sięgając chmur. Przed tobą – spokój zatoki, ledwo zmarszczony delikatną bryzą. I myślisz: „Czy da się jeszcze bardziej malowniczo?”.
Okazuje się, że da.
Kotor – miasto pod murem, który sięga nieba
Bo finałem tego odcinka jest Kotor. Miasto, które zapiera dech w piersiach nie jednym, ale trzema sposobami.
Po pierwsze – położenie. Kotor leży w najgłębszym zakątku zatoki, u stóp góry Lovćen, która wznosi się nad nim jak kamienny strażnik. Miasto jest dosłownie zgniecione między wodą a pionową ścianą skały. Nie ma tu przestrzeni – jest tylko mury, góra i morze.

Po drugie – fortyfikacje. Mury obronne Kotoru to jedno z najbardziej imponujących dzieł obronnych w Europie. Ciągną się od poziomu morza aż po szczyt góry – wspinają się serpentynami, po schodach, po skałach, znikają w chmurach. Ponad cztery kilometry murów, tysiąc trzysta pięćdziesiąt stopni do szczytu. Jeśli masz siłę i ochotę – możesz wejść. Widok z góry, na całą zatokę rozłożoną jak mapa, jest nagrodą, która rekompensuje każdą kroplę potu.
Po trzecie – wnętrze. Starówka Kotoru to labirynt. Wąskie uliczki, które czasem są niewiele szersze niż na metr.

Place wielkości pokoju. Kościoły wciskające się między domy tak ciasno, że ledwo można dojrzeć ich fasady. Koty – wszędzie koty, bo Kotor to miasto kotów (nawet muzeum im poświęcone mają). Kamień wszędzie – na chodnikach, w murach, w powietrzu pachnie kamieniem zmytym deszczem.

Spacerujesz tym labiryntem, gubisz się, odnajdujesz przypadkiem jakiś plac, na którym lokalna restauracja rozkłada stoliki, znikasz znów w bocznej uliczce, by po chwili wyjść przed katedrą Świętego Tryfona. I czujesz, że to miejsce jest żywe. Nie jest muzealne, nie jest sztuczne. To prawdziwe miasto, które po prostu działa – od setek lat, w tych samych murach, na tej samej kamiennej wybrukowanej ziemi.
Wjazd w chmury – serpentyny Lovćen
Jeśli zostanie ci jeszcze trochę czasu i ochoty na prawdziwie pionową jazdę, możesz zjechać z głównej trasy i pojechać serpentynami w stronę Lovćen – góry, która góruje nad całą Boką.

To nie jest wycieczka dla osób cierpiących na lęk wysokości. Droga pnie się niemal pionowo, zataczając szpilkowe zakręty tak ostre, że czasem trzeba cofnąć, by przejechać. Ale widoki? Widoki są absolutnie nieprawdopodobne.
Z każdym metrem wznoszenia zatoka pod tobą robi się coraz mniejsza. Perast zamienia się w miniaturę, wysepki wyglądają jak zabawki, Kotor chowa się w cieniu góry jak model z klocków. A kiedy dotrzesz na szczyt, gdy staniesz na platformie widokowej przy mauzoleum Petara II Petrovicia Njegoša (władcy-poety, który kazał się tu pochować), widzisz całą Bokę Kotorską jak na dłoni.

I wtedy uświadamiasz sobie skalę tego, co przejechałeś. Widzisz całą zatokę – od wejścia po miejsca, gdzie kończy się przy Kotorze. Widzisz góry opadające wprost do wody. Widzisz drogę, którą pokonałeś, wijącą się wzdłuż brzegu jak srebrna nitka. I myślisz: „To był emocjonujący dzień”.
Pożegnanie z Czarnogórą
Czarnogóra nie jest wielkim krajem. Pokonanie jej od południa na północ to kwestia kilku godzin jazdy. Ale to nie jest kraj, przez który się przejeżdża. To kraj, w którym się zatrzymuje – żeby patrzeć, fotografować, oddychać, pić kawę z widokiem na fiord.
Zostają za tobą Ulcinj z niemal czarnym piaskiem, Sveti Stefan wyjęty z bajki, gwarna Budva, mistyczny Perast i majestatyczny Kotor. Zostaje Boka Kotorska – miejsce, które pokazuje, jak piękny może być Adriatyk, gdy natura postanowi dać z siebie wszystko.
Przed tobą – Chorwacja. Jeszcze więcej wysp, jeszcze więcej miasteczek, jeszcze więcej tego błękitu, który zdaje się nie mieć końca.
Następny odcinek: Chorwacja – od Dubrownika przez Dalmację aż po Rijekę.