Chorwacja – odcinek 5
Można leżeć na plaży w Chorwacji. Rozkoszować się pływaniem w ciepłym morzu w Albanii. Polecieć na all inclusive na Korfu. Albo popijać cappuccino w nadmorskiej kawiarence w Bari. Jedno jest wspólne dla wszystkich tych miejsc. Jesteśmy nad Adriatykiem. Ale miast leniwego spędzania czasu, można wybrać wariant bardziej ambitny. Objechać Adriatyk naokoło.
Przeżycia związane z wspinaczką serpentynami Lovćen już za nami : Adriatyk na okrągło – Czarnogóra. Teraz Chorwacja, której wielu rodakom nie trzeba przedstawiać. A potem już prosto na północ do Słowenii. Tak jak to widać na tej mapie.
Droga jako bohater
Kiedy wyjeżdżasz z Dubrownika na północ, kierując się w stronę Splitu, robisz coś więcej niż tylko przemieszczasz się z punktu A do punktu B. Wjeżdżasz na Jadranską Magistralę – D8 – jedną z najpiękniejszych dróg samochodowych w Europie, jeśli nie na świecie.

Lianem | Dreamstime.com
To nie jest autostrada. To nie jest nawet szeroka dwupasmówka. To dość wąska wstążka asfaltu wijąca się setkami kilometrów między górami a morzem, zataczająca zakręty tak ostre, że czasem trzeba zwolnić niemal do zera, i odsłaniająca widoki, które sprawiają, że co chwilę szukasz kolejnego miejsca na parkowanie, bo po prostu musisz się zatrzymać i popatrzeć.
Chorwacja to kręgosłup naszej wyprawy wokół Adriatyku. Tutaj spędzimy najwięcej czasu. Tutaj przejdziemy przez wszystkie odsłony tego morza – od surowej, wyspiarskiej Dalmacji, przez dziki Kvarner, aż po łagodną, niemal toskańską Istrię. I przez cały ten czas będzie nas prowadzić jedna droga. Magistrala. Adriatycka. Legendarna.
Dubrovnik w lusterku wstecznym
Dubrovnik zostaje za tobą. Perła Adriatyku, Miasto-Państwo, które przez wieki było tak potężne, że trzymało się z dala zarówno od Wenecji, jak i Turcji. Mury obronne, które widziałeś rano, powoli znikają w lusterku. Ale nie możesz się odwrócić. Bo przed tobą – kilkaset kilometrów najprawdziwszej przygody.

Droga od razu zaczyna się wspinać. Zatoczki, serpentyny, a po lewej – nieustannie obecne morze. I wyspy. Mnóstwo wysp. Adriatyk od strony chorwackiej to nie jedno płaskie lustro wody. To archipelag – ponad tysiąc wysp i wysepek rozrzuconych jak kamyki na błękitnej płachcie.
Dalmacja Południowa – wyspy, wyspy, wyspy
Jadąc przez południową Dalmację, czujesz, że to jest ten prawdziwy, klasyczny Adriatyk. Suche, spalone słońcem wzgórza po prawej, a po lewej – turkusowa woda i sylwetki wysp na horyzoncie. Korčula, Hvar, Brač – ich nazwy brzmią jak zaklęcie. Każda ma swój charakter, swoją historię, swoje wina i swoje sekrety.

Ale my nie płyniemy promem. My jedziemy brzegiem. Bo to właśnie z brzegu widać najlepiej. Widać jak wyspa za wyspą układa się w ciąg nieregularnych kształtów – jakby ktoś rozrzucił kawałki lądu po morzu i zostawił je tam, gdzie upadły.
Mijasz miasteczka – Ston z jego murami, które ciągną się przez wzgórza jak chorwacki Wielki Mur Chiński. Pelješac – półwysep słynący z wina i ostryg. I cały czas ta droga – wijąca się, pnąca, opadając, znów pnąca się. Prawa noga na gazie, lewa na sprzęgle, kierownica nieustannie w ruchu.
Masyw Biokovo – gdy góra dominuje nad morzem
Im dalej na północ, tym góry stają się wyższe i bardziej dominujące. A kiedy docierasz do Riwiery Makarskiej, widzisz coś, co zapiera dech. Po prawej stronie – potężny masyw Biokovo, który wznosi się niemal pionowo z poziomu morza na ponad 1700 metrów. Szara, surowa ściana skalna wyglądająca jak naturalny mur oddzielający wybrzeże od wnętrza Bałkanów.

Jadąc pod Biokovem, czujesz się malutki. Góra dosłownie wisi nad tobą, zdaje się spychać samochód wprost do wody. A woda – tu najpiękniejsza na całym wybrzeżu – ma kolor intensywnego turkusu.
Małe miasteczka riwierskiej linii – Makarska, Tučepi, Brela – nie są specjalnie urokliwe, ale mają coś, czego nie da się odebrać: położenie. To jedne z niewielu miejsc na świecie, gdzie możesz rano kąpać się w morzu, a po południu wjechać serpentynami na szczyt góry i zobaczyć całe wybrzeże jak na dłoni.
Split – życie wewnątrz murów cesarza
To około pół trasy, teraz przed nami Split – drugie co do wielkości miasta Chorwacji. Tutaj musisz się zatrzymać. Nie na chwilę, żeby kupić wodę i ruszyć dalej. Na dłużej. Bo Split ma w sobie coś, czego nie znajdziesz nigdzie indziej.
Pałac Dioklecjana. Cesarz rzymski, który postanowił zakończyć życie w tym miejscu, zbudował sobie rezydencję, która przetrwała wieki. Ale nie jako muzeum – jako żywe miasto. Ludzie mieszkają tu, prowadzą kawiarnie, sklepy, restauracje – wszystko wewnątrz murów starej pałacu. Spacerujesz między kolumnami, mijasz sklepy z winami i konfiturami, wchodzisz w boczne uliczki, gdzie prane pranie suszy się na sznurach rozpiętych między antycznymi ścianami.

To surrealistyczne. I zarazem wspaniałe. Bo pokazuje, że historia nie musi być zamknięta pod szkłem. Może tętnić życiem.
Ale droga czeka. Więc po kawie na placu Peristyl, ruszasz dalej.
Dalmacja Środkowa – Trogir, Šibenik i setki zakrętów
Za Splitem droga robi się jeszcze bardziej kręta. Archipelag gęstnieje. Wyspy pojawiają się na horyzoncie co chwilę – niektóre zamieszkane, inne opuszczone, jeszcze inne ledwo większe od skały wyrastającej z wody.
Mijasz Trogir – maleńkie miasteczko na wyspie, które jest jak żywe muzeum średniowiecznej architektury. Wąskie uliczki, kamienne domy, katedra z romańskimi portalami. I znów – życie. Nie muzeum, ale prawdziwe, funkcjonujące miasto.

Dalej Šibenik – gdzie katedra świętego Jakuba, zbudowana wyłącznie z kamienia, bez użycia ani jednej cegły czy żelaznego łącznika, wpisana jest na listę UNESCO.
Dalmacja Północna – Zadar i wiatr bora
Dalej na północ krajobraz zaczyna się zmieniać. Staje się surowszy, bardziej dziki. Góry zbliżają się jeszcze bardziej do morza, a roślinność rzednie. Witaj w regionie Velebitu – najdzikszej części chorwackiego wybrzeża.
Zadar – kolejne miasto na trasie – ma w sobie coś melancholijnego. To nie jest turystyczny kurort. To miasto, które przeżyło bombardowania, wojny, zniszczenia. Ale odbudowało się i dziś ma dwie atrakcje, których nie znajdziesz nigdzie indziej.

Pierwsza to Morskie Organy – schodki schodzące do morza, pod którymi zainstalowano rurki i szczeliny, przez które woda wpływając i wypływając, wytwarza dźwięki. Muzyka morza. Słuchasz tego, siedząc na kamiennych schodach, patrząc na zachód słońca nad Adriatykiem. I czujesz, że to jeden z tych momentów, które zostaną w pamięci na zawsze.

Druga – Pozdrowienie Słońca – wielki szklany dysk wbudowany w nabrzeże, który zbiera energię słoneczną w ciągu dnia, a nocą świeci kolorowymi światłami w rytm muzyki organów. Sztuka, technologia, natura – wszystko w jednym miejscu.
Pag – księżycowy krajobraz
Wyjeżdżając z Zadaru, droga prowadzi wzdłuż masywu Velebit. I po lewej stronie pojawia się coś, co wygląda jak fragment innej planety. Wyspa Pag.

Biała, spieczona, niemal pozbawiona roślinności. Wygląda jak powierzchnia księżyca zrzucona wprost do Adriatyku. To efekt bory – silnego, zimnego wiatru, który wieje zimą z taką siłą, że niszczy wszystko na swojej drodze. Bora to wiatr, który potrafi przewrócić ciężarówkę, zatrzymać ruch na mostach i sprawić, że temperatura spada o piętnaście stopni w pół godziny.
Latem bory nie ma. Ale ślady jej działania widać wszędzie. Wyspa Pag to krajobraz surowy, ascetyczny, wręcz brutalny. Ale zarazem fascynujący. Bo pokazuje, jak potężna może być natura, gdy postanowi pokazać swoją siłę.
Most na Krk – ostatni oddech Dalmacji
Droga wiedzie dalej na północ. Mijasz Senj, ostatnie miasto Dalmacji, i wjeżdżasz w region Kvarneru. Tutaj Adriatyk robi się szerszy, spokojniejszy. Wyspy są większe, bardziej zalesione.

Przejeżdżasz po moście na Krk – jedną z największych wysp chorwackich. Most jest imponujący – łukowaty, sterczący nad wodą jak łuk triumfalny. A pod nim – głęboki błękit zatoki Kvarner.
Istria – gdy Chorwacja staje się włoska
I w końcu, po setkach kilometrów, po dziesiątkach zakrętów, po niezliczonych widokach na wyspy, docierasz do Istrii. Półwyspu, który wygląda, jakby ktoś wyjął kawałek Toskanii i przeniósł go nad Adriatyk.
Nagle droga staje się łagodniejsza. Góry ustępują miejsca wzgórzom. Sosny mieszają się z cyprysami i oliwkami. Miasteczka mają włoskie nazwy i włoską architekturę. Rovinj z jego starówką wspinającą się po wzgórzu do kościoła świętej Eufemii, kolorowymi fasadami domów odbijającymi się w wodzie portu. Poreč z jego wczesnochrześcijańską Bazyliką Eufrazjańską pokrytą bizantyjskimi mozaikami.

A na samym końcu – Pula. Rzymska Pula z jej amfiteatrem, który jest jednym z najlepiej zachowanych na świecie. Patrzysz na te kamienne ściany, na areny gdzie kiedyś walczyli gladiatorzy.
Pętla domyka się
Bo Istria to już nie są Bałkany. To już prawie Włochy. Do Wenecji jest stąd bliżej niż do Dubrownika. Architektura, język, jedzenie – wszystko ma włoski akcent. Wróciliśmy do tego, od czego zaczęliśmy. Do weneckich wpływów, do łacińskiej kultury, do świata, w którym Adriatyk był centrum, a nie peryferiami.
Chorwacja – najdłuższy odcinek naszej wyprawy – zostaje za tobą. Setki kilometrów Jadranskiej Magistrali, niezliczone wyspy, dziesiątki miasteczek, masyw Biokovo, bora nad Velebitem, morskie organy w Zadarze, amfiteatr w Puli. To był maraton. Ale jaki maraton.
Przed tobą już tylko Słowenia – ostatni, krótki odcinek, który domknie całą pętlę wokół Adratyku.
Następny odcinek: Słowenia – od Piran przez Triest z powrotem do Wenecji. Zamknięcie pętli.