Podróż Koleją Transsyberyjską i Transmongolską – wspomnienie świata, który stał się niedostępny
Niestety, jeśli chodzi o swobodę poruszania się po świecie, nie idziemy do przodu. Wręcz przeciwnie. Wiele lat temu grupa moich kolegów z uczelni wybrała się na wyprawę do Indii. Drogą lądową. Przez Turcję, Syrię, Irak, Iran, Afganistan i Pakistan. Dzisiaj pokonanie takiej trasy byłoby bardzo ryzykowne. Mój syn wraz z żoną pojechał kiedyś do Turcji. Zatrzymując się po drodze na Krymie. Dzisiaj? Niemożliwe. Podobnie jak niemożliwa byłaby dzisiaj wyprawa, o której opowiadał inny z kolegów. Podróż koleją transsyberyjską i transmongolską do Pekinu. Dlatego potraktujcie tę opowieść jako wspomnienie niezapomnianych wakacji. A nie sposób spędzenia najbliższych wakacji. Może kiedyś…
Perony Moskwy – tam, gdzie Europa się kończy
Wsiadamy do składu na Dworcu Jarosławskim. Lekkie ściśnięcie w żołądku, bo przed nami nie godziny, ale dni podróży. Niemal tydzień życia na kołach, ponad siedem tysięcy kilometrów monotonnego stukotu. Wagon z zapachem oleju maszynowego, świeżej pościeli i czymś niezdefiniowanym – tym specyficznym aromatem starych rosyjskich pociągów, który pamiętają jeszcze czasy, gdy na trasie kursowały legendarne parowozy.

Przegłądamy prowiant. Chleb, kiełbasa, ogórki kiszone, herbatniki. Ktoś wyciąga z plecaka butelkę czegoś „na rozgrzewkę przed Syberią”. Śmiejemy się. Jeszcze nie wiemy, że ta butelka będzie nam towarzyszyć przez pół kontynentu, stając się symbolem wspólnoty przypadkowych współtowarzyszy podróży. W przedziale naprzeciwko rosyjska rodzina z Irkucka, dalej młoda para z Niemiec, jeszcze dalej starszy mężczyzna, który nie mówi po angielsku, ale komunikuje się uśmiechem i gestem zapraszającym na herbatę.
Skład rusza. Moskwa znika powoli, jakby niechętnie. Najpierw gigantyczne bloki z czasów sowieckich, potem przedmieścia, w końcu pierwsze brzozowe laski. Okno staje się naszym ekranem kinowym na najbliższy tydzień.
Ural – próg między światami
Drugiej nocy przejeżdżamy przez Ural. Pociąg mija Jekaterynburg – umowną granicę Europy i Azji.

Ural? Nic spektakularnego. Żadnych alpejskich szczytów, żadnych dramatycznych wąwozów. Tylko łagodne pagórki porośnięte lasem, tabliczka przy torach: „Europa – Azja”. I my, przytłoczeni prostotą tego momentu. Oto kończy się kontynent, który znaliśmy. Przekraczamy linię, której na mapach fizycznych właściwie nie widać, ale która w naszych wyobrażeniach dzieli światy.

Rano budzimy się już w Azji. Choć krajobraz wciąż wygląda znajomo – te same sosny, te same modrzewie, te same drewniane wioski z kominami, z których snuje się dym. Tylko coś w powietrzu, w świetle, w proporcjach nieba do ziemi się zmienia. Przestrzeń robi się bardziej pozioma, bardziej bezkresna.
Samowary na końcach wagonów parują bez przerwy. Provodnitsa – strażniczka naszego wagonu, kobieta o kamiennej twarzy i złotych zębach – pilnuje porządku z żelazną konsekwencją. Zaprzyjaźniamy się jednak. Herbata staje się rytuałem porannym i wieczornym. W szklankach z metalowymi uchwytami, z cytryną, z dżemem, czasem z mlekiem skondensowanym. Siedzimy przy małym stoliku, patrzymy przez okno i nie mówimy zbyt wiele. Nie trzeba.
Tajga – hipnoza bez końca
Trzeci dzień. Czwarty. Piąty. Tajga.
To już nie podróż – to hipnoza. Las bez początku i końca, las jak ocean, las jak wieczność. Sosny i modrzewie ciągną się godzinami, czasem przerywane płaskimi mokradłami, jeziorami, które wyglądają jak kawałki nieba spadłe na ziemię. Rzadkie wioski – dwa, trzy drewniane domy z oknami w niebieski lub zielony kolor, czasem cmentarzyk z prawosławnymi krzyżami, czasem jedynie zdezelowany przystanek, gdzie nikt nie wysiada i nikt nie wsiada.

Odkrywamy w sobie nową umiejętność – umiejętność patrzenia w nicość. W monotonię, która staje się medytacją. Tempo naszego myślenia zwalnia. Rozmowy stają się leniwsze. Ktoś czyta książkę od trzech dni i jest dopiero na drugiej stronie, bo co chwilę odrywa wzrok i patrzy w okno. Ktoś inny próbuje liczyć drzewa, potem liczyć słupy telegraficzne, potem przestaje liczyć i po prostu patrzy.
Czas w pociągu płynie inaczej. Godziny nie mają znaczenia. Jest „przed posiłkiem”, „po herbacie”, „przed przystankiem w Omsku”, „po zapadnięciu zmroku”. Zegarki naszych współpasażerów pokazują Moskwę, nasze zegarki pokazują Berlin, zegary na dworcach pokazują strefy lokalne. Przestajemy wiedzieć, która jest godzina. I jest w tym jakaś ulga.

Nocą słychać tylko stukanie kół. Monotonne, uspokajające, jak puls ziemi. Kołysze nas do snu jak dzieci. Budzimy się o świcie i pierwsze, co robimy, to podchodzimy do okna. Tajga wciąż tam jest. Niezmienna, wieczna, obojętna.
Bajkał – błękitne serce Syberii
Kolejnego dnia docieramy nad Bajkał. I tutaj coś się zmienia. Tajga jakby się cofa, robi miejsce dla czegoś większego. Jezioro pojawia się nagle za zakrętem – pasmo błękitu tak intensywnego, że aż boli. Najgłębsze jezioro świata. Starsze niż większość gór. Woda jak lustro, choć wiemy, że pod spodem jest ponad półtora kilometra ciemności.

Zatrzymujemy się na małej stacyjce. Wysiadamy. Potrzebujemy dotknąć tego miejsca, poczuć je stopami, nie tylko oczami. Nad brzegiem jest kilka drewnianych bud, gdzie lokalsi sprzedają wędzonego omiułę – endemiczną rybę, której nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie. Kupujemy. Smak intensywny, słony, prawie morski, choć jesteśmy tysiące kilometrów od morza.
Stary Buriat z twarzą pooraną zmarszczkami opowiada nam legendę o szamanie, który mieszkał na wyspie Olchon i rozmawiał z duchami. Nie rozumiemy wszystkich słów, ale rozumiemy intonację, gesty, wzrok skierowany w dal. Oto właśnie o to chodziło – nie o informacje, ale o atmosferę. O poczucie, że jesteśmy na końcu świata znanego i początku świata mitycznego.

Pociąg jedzie dalej wzdłuż brzegu. Godzinami. Bajkał nie chce się skończyć. Najpierw mamy go po prawej stronie, potem po lewej, znowu po prawej. Góry Chamar-Daban odbijają się w tafli wody. Słońce chowa się za horyzontem i jezioro zmienia kolor – z błękitnego na granatowy, z granatowego na fioletowy, w końcu na czarny, przerywany tylko srebrnymi smugami księżyca.
Ułan Bator – próg stepu
Gdzieś za Bajkałem – dla tych, którzy wybrali trasę transmongolską – pociąg skręca na południe. I tutaj następuje kolejna przemiana krajobrazu. Tajga ustępuje miejsca stepowi. Las się przerzedza, niebo robi się większe, przestrzeń jeszcze bardziej otwarta.

Mongolia wita nas innym światem. Jurty na zboczu wzgórza, trzody kóz i owiec, jeźdźcy na małych, krępych koniach. Wszystko wydaje się prostsze, bardziej pierwotne. Drogi nie są asfaltowe – to ledwo widoczne ślady w trawie. Osady to nie wsie, ale kilka jurt i jeden betonowy budynek – sklep, poczta, czasem posterunek.

W Ułan Bator zatrzymujemy się na kilka godzin. Miasto jest jak szok po tysiącach kilometrów pustkowia. Ruch, hałas, smog, korek. Ale jest w nim też coś fascynującego – zderzenie nomadycznego dziedzictwa z sowiecką architekturą i nowoczesnymi drapaczami chmur. Na bazarze kupujemy suszone mięso i mleko jacze. Smakuje… dziwnie. Ale to część doświadczenia.

Ponownie wsiadamy. Kolejny etap – przez pustynię Gobi. Krajobraz robi się surowy, niemal brutalny. Piasek, kamienie, ostre światło słońca. Rzadkie oazy. Wielbłądy przy torach. Temperatura w wagonie skacze – w dzień duszno, w nocy zimno. Ale jest w tym jakaś surowość, która oczyszcza myśli.
Pekin – finał podróży
Po bez mała sześciu dniach docieramy do Pekinu. Miasto przywitało nas mgłą, tłumem, gwarem. Po ciszy tajgi i pustkowia stepu było to jak skok do lodowatej wody. Chińskie znaki wszędzie, ton wykrzykiwany przez głośniki, rowery dzwoniące bez ustanku.

Wysiedliśmy z pociągu oszołomieni. Nie samą podróżą, ale tym, co ta podróż z nami zrobiła. Zmieniliśmy kontynenty, strefy czasowe, klimaty, kultury. Przemierzyliśmy kraj, który jest niewyobrażalnie ogromny. Poznaliśmy ludzi, których imion nie zapamiętamy, ale których twarze pozostaną w pamięci. Przeżyliśmy tydzień, który wydawał się wiecznością.
Pekin był fantastyczny – Zakazane Miasto, Wielki Mur, ulice pełne życia. Ale to nie Pekin był celem. Celem była droga.
Świat, który został za nami
Dziś ta podróż nie jest już możliwa. Nie z powodu braku pociągów – Kolej Transsyberyjska i Transmongolska dalej kursują nadal kursuje. Ale świat polityczny, który pozwalał na takie podróże, zamknął się. Relacje międzynarodowe i konflikty – wszystko to ustawiło nowe bariery. Tam, gdzie kiedyś były tylko granice administracyjne do przekroczenia z pieczątkę w paszporcie.

Mapa fizyczna się nie zmieniła. Tor wciąż leży w tym samym miejscu, łącząc Moskwę z Pekinem przez bezmiar Syberii. Ale mapa polityczna narysowała nowe linie – twarde, nieprzekraczalne, groźne. To, co było przygodą, stało się ryzykiem. To, co było mostem między kulturami, stało się murem.
Kolej Transsyberyjska pozostaje teraz w sferze marzeń, literatury i starych zdjęć. W opowieściach tych, którzy zdążyli. W przewodnikach, które opisują trasę w czasie przeszłym. W filmach, gdzie aktorzy odgrywają to, co my przeżywaliśmy naprawdę.
Być może kiedyś – gdy świat znów się otworzy, gdy granice w głowach znów staną się bardziej przepuszczalne – ta trasa wróci. Być może nasze dzieci lub wnuki znów będą mogły wsiąść do wagonu w Moskwie i tydzień później wysiąść w Pekinie, niosąc w plecakach chleb, kiełbasę i coś na rozgrzewkę.
Na razie pozostają wspomnienia. I pocieszające przeświadczenie, że to, czego doświadczyliśmy, nie zniknie z naszej pamięci. Że tajga, Bajkał, step i stukot kół pozostaną z nami – jako dowód, że świat kiedyś był większy, bardziej otwarty i pełen możliwości.