Od kożuchów do oliwy truflowej. Jak zmieniła się filozofia przywozów z wakacji
Tego młodsi podróżnicy nie pamiętają. Ale kiedyś – jeszcze w czasach PRL-u, to była żelazna zasada turystyki: wyjazd ma się zwrócić.
Jedziesz do Rumunii opalać się nad Morzem Czarnym? Zabierasz ze sobą do walizki kryształowy wazon (tak – wazon) i mikser. No i oczywiście kilka par jeansów różnych rozmiarów. Na miejscu nie ma z tym kłopotów. Przed wyjazdem znajomi podadzą adresy miejsc, gdzie bez problemu upłynnisz towar. A zwolnione miejsce w walizce uzupełniasz trzema kożuchami – choć to przecież pełnia lata. Jak dobrze skalkulowałeś, za kryształowy wazon i mikser w jedną stronę, a trzy kożuchy w drugą stronę – masz urlop za darmo.
A jak ci się urlop nie zwrócił? To jesteś frajerem. Albo zupełnie nie masz smykałki do turystyki handlowej.

Pamiętam swój pierwszy wyjazd do Rumunii. Zamiast kryształu w plecaku i miksera mieliśmy dwie czerwone butle z propanem butanem. Dzisiaj to nie do pomyślenia. Gościu z plecakiem ładuje się do pociągu targając ze sobą 2-kilowe butle z gazem. Ale wtedy to był strzał w dziesiątkę. Kupcy na butle znaleźli się już na peronie dworca w Bukareszcie. Mieliśmy też ze sobą szminki. Wybór wydawał się genialny. Mało miejsca, a o przebitce cenowej krążyły legendy. Ale cóż facet może wiedzieć o szminkach. Na miejscu okazało się, że tego sezonu modne są inne kolory kobiecych ust. I szminki wróciły do Polski.

Ale butle gazowe, miksery czy kożuchy to pikuś. Jak się podróżowało do Związku Radzieckiego, asortyment był zupełnie inny. Podczas szkolnej wycieczki do Moskwy cała nasza grupa wyprzedała się z ręczników frotte. Również naszych prywatnych – używanych. Byliśmy wtedy za młodzi, by wykorzystać w pełni możliwości przywozowe. Krótko przed granicą polską pociąg zatrzymywał się na kilkadziesiąt minut na niewielkiej stacji. Trzeba było wtedy żwawo ruszyć do pobliskiego sklepiku, by tam kupić… telewizor kolorowy Rubin. Których wtedy w Polsce nie było.
To były czasy. A jak jest dzisiaj? W bagażu podręcznym Ryanaira nie zmieści się kryształowy wazon. A z mikserem pewnie nie wpuszczą cię na pokład. Zresztą nie spodziewam się, aby dzisiejsi polscy turyści w taki sposób planowali swoje letnie urlopy. Kalkulując, żeby koszty „się zwróciły”. Niemniej nadal z różnych krajów przywozimy do Polski różne rzeczy. Raczej jako pamiątki i prezenty, a nie na bazarowy handel. Co zajmuje miejsce w bagażach turystów wracających do Polski z zagranicznych wojaży?
Smaki, których nie kupisz w dyskontach
Dzisiejsze walizki wracające z południa Europy to mobilne delikatesy. Zapomnijcie o kożuchach. Teraz z Włoch przywozimy oliwę extra vergine z małych gospodarstw w Toskanii, której butelka kosztuje tyle co kiedyś całodniowy wypad autokarem. Ale jakość! Ta oliwa ma imię i nazwisko producenta, numer drzewa oliwnego i prawdopodobnie własne konto na Instagramie.

Z Grecji wracamy z oliwą truflową, oregano z Krety – tym prawdziwym, pachnącym tak, że trzeba trzymać je w szczelnym worku, bo inaczej cały pokład samolotu wie, co mamy w plecaku. I oczywiście coś jeszcze (nie wolno mi reklamować), kupione w małym sklepiku w Nafplio, polecona przez miejscowego, który wie co poleca. Nie może też zabraknąć prawdziwej greckiej chałwy. Której smak ma się nijak do kupionej w polskim markecie.

Chorwacja? Znowu te ograniczenia w reklamie. Ale jedno jest pewne: ma być ta domowa, bo „fabryczna to nie to samo”. Mamy też miód lawendowy, suszone figi i anchois marynowane według tajnego przepisu, o którym w Dalmacji wie każde dziecko, ale polskie podniebienie wciąż jest tym zaskoczone.

Z Hiszpanii? Szafran. Prawdziwy, który kosztuje więcej niż złoto (gram za gram), ale wystarczy go szczypta do paelli. Jamon iberico de bellota, który trzeba kunsztownie opakować i ułożyć między ubraniami, żeby pół samolotu nie oblizywało się podcas lotu.

To już nie jest handel. To kolekcjonerstwo smaków. Każda butelka oliwy i trunku, każda paczka przypraw – to bilет powrotny do tamtego nadbrzeżnego miasteczka, gdzie jedliśmy najlepszą rybę w życiu. To nie ma się zwrócić finansowo. To ma przypominać, smakować, transportować nas z bloku na Ursynowie prosto na taras z widokiem na Morze Śródziemne.
Kosmetyki i alchemia urody
Współczesna walizka to też mobilna drogeria premium. Nie ta z galerii handlowej, tylko ta niszowa, o której piszą blogerki. Z Izraela i Jordanii przywozimy prawdziwą sól z Morza Martwego. Z Bułgarii wracamy z różanymi olejkami i wodami różanymi z Doliny Róż. Buteleczka 10 ml, cena jak za małe złoto, ale aromat taki, że żaden Chanel nie dorówna.

Korea Południowa to osobny rozdział. Jeśli ktoś leci do Seulu i nie ma w walizce maseczek sheet mask, kolorowych kremów w słoiczkach przypominających deser i serum z mucyną ślimaka – to najwyraźniej leciał służbowo i nie miał czasu. K-beauty to religia, a pielgrzymi wracają z Seoul obładowani jak wielbłądy.

Z Francji? Oczywiście apteczne hity, o których krążą legendy. Bioderma, La Roche-Posay, Avène – kupowane w prawdziwych francuskich aptekach, gdzie farmaceutka rzeczywiście zna się na składzie i udziela porad jak lekarz rodzinny. To nie jest zwykły zakup kosmetyku. To inicjacja w świat produktów, które „naprawdę działają”, o czym zapewnia nas koleżanka, która mieszka w Paryżu i „zna się na rzeczy”.

Turcja? Mydła oliwkowe z Aleppo, choć samo Aleppo już nie to co dawniej. Oleje arganowe z Maroka – autentyczne, kupione u miejscowych w medynie, nie te dla turystów ze „sklepów fabrycznych”. I oczywiście różnego rodzaju czarne mydła, peeling rękawice i inne rytuały hammamu, które w polskiej łazience wyglądają nieco surrealistycznie, ale dają poczucie egzotycznego luksusu.

Design i rzemiosło zamiast chińszczyzny
Paradoks współczesnego podróżowania: latamy taniej niż kiedykolwiek, ale kupujemy drożej i bardziej świadomie. Zamiast masowej tandety z bazarów przywozimy ceramikę – portugalskie azulejos, włoskie maioliki z Deruta, greckie naczynia malowane w tradycyjne wzory. Zajmują miejsce, są ciężkie, trzeba je owijać w połowę garderoby, żeby nie dotarły do Polski w postaci puzzli. Ale są unikalne.

Z krajów bałtyckich wracamy z lnianymi obrusami i ręcznie tkanymi chodnikami. Ze Skandynawii – z drewnianymi miskami i kubkami, które kosztują krocie, ale są „sustainable” i „zero waste”, więc jakoś łatwiej nam przełknąć cenę. Z Bałkanów przywozimy ręcznie tkane dywany kilimy, które – co prawda – wyglądają jak te z Ikei, ale mają duszę i własną historię.

Tekstylia to w ogóle osobny temat. Hammam peshtamale z Turcji, kolorowe kangi z Afryki, pashminy z Nepalu, jedwabne szale z Wietnamu. Wszystko lekkie, wszystko można złożyć do rozmiaru paczki chusteczek, wszystko „autentyczne” – przynajmniej tak nam mówi sprzedawca, a my chcemy w to wierzyć.

Biżuteria też nie jest już tanim gadżetem. Przywozimy srebrne kolczyki z Meksyku, bursztyny z Litwy (choć jako Polacy mamy własne złoża, ale te z Kłajpedy „jakoś lepiej wyglądają”), turkusowe naszyjniki z Indii. Każda sztuka ma swoją legendę, którą opowiadamy przy obiedzie u rodziny, a oni grzecznie kiwają głowami, choć widzą, że to po prostu kolczyki.
Współczesne wyzwanie – Ryanair kontra oliwa truflowa
I tu dochodzimy do sedna współczesnego dylematu. Wszyscy chcą przywieźć kawałek świata, ale wszyscy latają tanimi liniami. A Ryanair i Wizz Air mają bardzo konkretne wyobrażenie o tym, co powinno zmieścić się w bagażu podręcznym 40x30x20 cm.
To jest nowa forma „turystyki handlowej” – nie chodzi o zysk finansowy, tylko o optymalizację przestrzeni. Jak upchnąć dwie butelki greckiej oliwy, hiszpański szafran, pięć flakonów różanej wody z Bułgarii, komplet ceramicznych talerzy z Portugalii i jeszcze kosmetyki koreańskie w plecaku wielkości torebki damskiej?
Rozwinęła się cała strategia pakowania. Cięższe rzeczy w kabinie (bo limit wagi bagażu rejestrowanego), płyny do walizki głównej (bo limity TSA), kruche rzeczy między ubraniami (technika rodem z czasów przewożenia telewizorów Rubin). Są forumowe dyskusje o tym, czy lepiej wziąć drugą małą torbę „personal item”, czy zapłacić za priorytet i większy bagaż podręczny.
Kiedyś frajerem był ten, komu się wyjazd nie zwrócił finansowo. Dziś frajerem jest ten, kto zapłacił za bagaż, podczas gdy inni zmieścili wszystko w wymiarach podstawowych. To nowa gra, nowe wyzwanie. I jakkolwiek absurdalnie brzmi porównanie przewozu butli z propanem do przewozu oliwy truflowej – mechanizm jest ten sam. Maksymalizacja korzyści przy minimalizacji kosztów.
Tylko że korzyści się zmieniły. Nie liczą się złotówki zarobione na sprzedaży miksera. Liczy się wrażenie, gdy otwierasz opakowanie prawdziwej greckiej chałwy i przez moment jesteś z powrotem na santoryńskim tarasie. Liczy się moment, gdy nakładasz koreańską maseczkę i czujesz się jak w seulskim spa. Liczy się opowieść przy rodzinnym obiedzie: „tę oliwę kupiłem w małej wiosce pod Florencją, gdzie…”.
Nowa zasada: wyjazd ma się zwrócić smakiem
Dzisiaj wyjazd też „się zwraca”. Tylko inaczej. Nie w portfelu, ale na stole, w łazience, na półce z pamiątkami. Zwraca się w smaku oliwy, która przypomina o toskańskich wzgórzach. W zapachu różanej wody, która przenosi nas do bułgarskiej Doliny Róż. W ceramicznym talerzu, który co wieczór przypomina, że kiedyś jedliśmy z takiego w małej tawernie w Atenach.
Kiedyś liczyliśmy marżę na kożuchach. Dziś liczymy wspomnienia na butelkach różnych trunków i słoikach miodu. Kiedyś wracaliśmy z podróży bogatsi o kilka dolarów. Dziś wracamy bogatsi o doświadczenia, które można zjeść, wypić, posmarować na skórę lub zawiesić na ścianie.
Turystyka handlowa się nie skończyła. Tylko zmieniła formę. Handlujemy wspomnieniami, autentycznością, jakością, historią. Płacimy za nie nie złotówkami, ale gramami bagażu, przestrzenią w walizce i miejscem na półce w kuchni. I pewnie gdyby ktoś z czasów PRL-u zobaczył, jak płacimy równowartość trzech kolacji za 100 ml oliwy truflowej, uznałby nas za frajerów.
Ale my wiemy swoje. Ta oliwa to nie tylko tłuszcz roślinny w butelce. To bilet powrotny do tamtych wakacji. Na dodatek z długim terminem ważności.